PODRÓŻE

Podróże, turystyka, fotografia

Świdowiec

Pierwsza wyprawa na Ukrainę

| 0 comments

Tytułem wstępu powiem, że nie była to ani pierwsza moja podróż, ani pierwszy wyjazd za granicę, ani nawet pierwsza samodzielnie zorganizowana wyprawa. Ta fotorelacja jest moją pierwszą na tym blogu, ponieważ na wcześniejszych podróżach nie robiłem zdjęć. Na tej wyprawie aparat dzierżył mój znajomy Gonzo, a nie ja.

Skąd w ogóle pomysł na wyjazd akurat na Ukrainę? Wziął się stąd, że wcześniej sporo podróżowałem po polskiej części Karpat i Sudetów i na większości z tych wypraw, nawet na mniej uczęszczanych szlakach, spotykałem mnóstwo turystów. Góry raczej kojarzyły mi się z miejscem odosobnienia, gdzie można spotkać się sam na sam z żywiołem dzikiej przyrody. Olbrzymim rozczarowaniem były dla mnie Bieszczady, które reklamowane są jako najbardziej dziewiczy obszar w Polsce. Bieszczady z całą pewnością dorównały nawet Tatrom w liczbie jednorazowych górołazów w klapkach (przynajmniej w tamtym sezonie, w którym tam byłem). Gdzieś po drodze usłyszałem jednak od kogoś, że istnieje jeszcze miejsce, gdzie nie spotka się ani jednej żywej duszy przez tydzień wędrówki. I to w samym sercu Europy! Tym miejscem okazały się ukraińskie Karpaty Wschodnie, czyli przedłużenie naszych Bieszczad na południowy wschód.

Szybko przewertowałem cały Internet w poszukiwaniu wszelkich możliwych informacji na temat tego regionu. Ukraińska część Karpat, czyli łańcucha górskiego rozciągającego się łukiem od Czech i Węgier, przez Słowację, Polskę i Ukrainę aż po Rumunię, składa się z kilkunastu różnych pasm, z których najciekawsze, najwyższe i najpopularniejsze to: Czarnohora, Bieszczady Wschodnie, Świdowiec i Gorgany. Czarnohora jest pasmem najpopularnijeszym z najwyższym szczytem Ukrainy – Howerlą. Bieszczady Wschodnie są przedłużeniem polskiej ich części, bardzo podobne, tylko mniej zaludnione. Świdowiec to połonina nieco wyższa od Bieszczad, ale niższa od Czarnohory. Z kolei Gorgany to ciekawe góry złożone głównie ze szczytów wielkości polskiej Babiej Góry z charakterystycznymi rumowiskami skalnymi przypominającymi te, które można spotkać w naszych Górach Świętokrzyskich. Najbardziej spodobały mi się te ostatnie, z uwagi na doniesienia o najmniejszym zagęszczeniu turystów.

Kupiłem mapę, przestudiowałem wszystkie szlaki, noclegi, transport itd., zebrałem konieczny sprzęt, dokooptowałem do wyprawy znajomego o ksywie Gonzo i jego koleżankę (jej imienia niestety nie pamiętam), po czym wyruszyłem w drogę. Wyjechaliśmy latem 2011 roku nocnym pociągiem z Krakowa do Przemyśla. Była to praktycznie jedyna opcja na dotarcie z Krakowa w ukraińskie Karpaty Wschodnie w ciągu jednego dnia. Oczywiście tradycyjnie przedostaliśmy się na miejsce, wyruszając z Przemyśla busem do granicy w Medyce, przekraczając granicę pieszo, następnie busem do Lwowa, stamtąd autobusem do Iwano-Frankiwska (dawniej Stanisławów), a następnie busem do konkretnej wioski w Karpatach (naszym celem były Kwasy). We Lwowie straciliśmy sporo czasu (ok. 3 godziny), więc ostatecznie udało nam się znaleźć jedynie wieczorny bus do miejscowości Jaremcze, czyli jakieś kilkadziesiąt kilometrów od Kwasów.

Na miejscu byliśmy o północy, więc wykończeni długą podróżą rozbiliśmy namiot w pierwszym lepszym miejscu z trawnikiem. Nazajutrz wsiedliśmy do pierwszego busa do Kwasów. W tym momencie uważny czytelnik zauważy, że Kwasy nie są w Gorganach i zapewne zapyta, dlaczego akurat tam pojechaliśmy. Otóż dlatego, że na mapie oprócz Gorganów miałem też Świdowiec i Połoninę Krasną, więc postanowiłem rozszerzyć plany o te dwa krótkie pasma. Zaczęliśmy od wejścia na Świdowiec.

Po drodze na szczyt zauważyliśmy grupkę Ukraińców w podobnym wieku, co nasz, z charakterystyczną czerwono-czarną flagą. Nie wiedziałem co to za flaga, więc postanowiłem zapytać. Okazało się, że to flaga UPA, czyli Ukraińskiej Armii Powstańczej, okrytej złą sławą i znaną w Polsce głównie z ludobójstwa dokonanego na polskich mieszkańcach Wołynia. Trochę mnie to skonfundowało, ale z drugiej strony młodzi ukraińscy nacjonaliści nie wyglądali na agresywnie nastawionych. Wręcz przeciwnie! Byli bardzo życzliwi. Jeden z nich miał nawet czapkę z biało-czerwonym orzełkiem, więc chyba nie kojarzyli sobie Polaków z wrogami. Pozory mylą. Po raz kolejny w życiu przekonałem się, że nie warto wierzyć stereotypom.

Ruszyliśmy dalej i około czternastej doszliśmy mniej więcej do ¼ grzbietu Świdowca. Gonzo spojrzał w dół, na dno kotła polodowcowego, którego strome ściany porośnięte były kosodrzewiną i rzucił hasło, żeby rozbić się właśnie tam. Nie wiem po cholerę kończyć wyprawę w środku dnia i w dodatku schodzić w takie miejsce, ale nie chciałem się kłócić, więc po krótkiej dyskusji zgodziłem się, żeby tam pójść. Podstawowym argumentem Gonza była bliskość wody i drewna na ognisko. Mnie to było obojętne. Byłem gotów jeść przez całą podróż wyłącznie zimne dania, ale dla niego było to istotne. Mieliśmy co prawda mały piecyk turystyczny, ale okazało się dopiero na miejscu, że palnik nie pasuje do butli. Przedzieranie się przez kosówkę nie należy do przyjemności, ale cóż, brak asertywności ma swoją cenę. Bardziej byłem zły na to, że zatrzymaliśmy się tak wcześnie. W planach miałem przejście Świdowca w jeden dzień, co w trakcie okazało się niewykonalne, ale chciałem dojść tego dnia przynajmniej do połowy. W nocy okazało się, że mój śpiwór jest stanowczo za cienki, więc niestety aż do końca podróży umierałem z zimna.

Na drugi dzień na szczęście znaleźliśmy pasterską ścieżkę poprowadzoną pomiędzy kosówką w górę. Przeszliśmy resztę grzbietu. Po drodze Gonzo przeziębił się i naciskał, żeby znowu zatrzymać się wcześniej, choć byliśmy już jakieś pół godziny przed Ust-Czorną, czyli miejscowością, w której mieliśmy przenocować wreszcie w cywilizowanych warunkach. Trochę byłem na niego zły, ale tym razem udało mi się postawić na swoim. W Ust-Czornej znaleźliśmy nocleg po prawej stronie drogi, jeszcze przed mostkiem. Udało nam się dostać obiad w postaci ruskich pierogów, skorzystać z ciepłej wody i wyspać się pod dachem.

Z rana wyruszyliśmy w drogę. Kolejnym celem była Połonina Krasna. Po drodze na szczyt minęła nas ciężarówka wioząca grupę czeskich turystów w podeszłym wieku. Rozbawił mnie napis na ciężarówce: „Prywatny sektor turystyki ekologicznej”. Nie wiem, w jaki sposób spaliny w środku lasu mogą się kojarzyć komukolwiek z ekologią. Myślałem, że tym razem uda się pokonać grzbiet w jeden dzień. Niestety tego dnia również skończyliśmy w połowie, na długo przed nastaniem wieczora. Znowu też Gonzo wymyślił karkołomną drogę dojścia do miejsca rozbicia namiotu. Brak asertywności wziął górę i przedzieraliśmy się na przełaj przez trawy sięgające po pas zamiast rozbić się po prostu przy ścieżce.

Gonzo coraz bardziej działał mi na nerwy. Dotychczas chodziłem w górach trochę „wyczynowo”, czyli od świtu do zmierzchu, zazwyczaj pokonując 12 godzin trasy każdego dnia. Przed wyjazdem ustaliliśmy, że będziemy wstawać o godz. 5-6 i rozbijać namiot o 18-19. Prosiłem go też, żeby kupił sobie mapę na wypadek, gdyby moja zgubiła się lub uległa zniszczeniu. Mapy nie kupił, rano wstawał o 8, a dzień kończyliśmy o 15. W dodatku miejsca wybierane przez Gonza na namiot były chyba najbardziej odległe od moich wyobrażeń na ten temat.

Rano wstaliśmy, poszliśmy dalej. Po drodze zauważyliśmy charakterystyczne rury, przy których postanowiłem rozpocząć serię „Karol w podróży”, czyli moich portretów z czymś potwornie brzydkim w tle. W ten sposób chciałem zadrwić i w niestandardowy sposób pokazać moje nieprzychylne podejście do fotografii turystycznej. Dotarliśmy do Kołoczawy. Na miejscowej poczcie wysłałem zakupioną we Lwowie kartkę do koleżanki z liceum, Kasi, której w ten sposób odwdzięczyłem się za kartkę z Paryża. Wysyłanie kartek to również nie mój zwyczaj, ale uznałem, że warto się zrewanżować i pokazać, że pamiętam.

Następnie próbowaliśmy dostać się do jeziora Synewir. Złapaliśmy najpierw busa, który podwiózł nas do połowy drogi, a następnie płatnego stopa, który zabrał nas pod samo wejście do Parku Narodowego. Synewir chciałem koniecznie zobaczyć, ponieważ jest to największe jezioro osuwiskowe w całych Karpatach. Przed wyjazdem przeczytałem sporo nieprzychylnych opinii na temat tego miejsca w Internecie. Całkowicie je potwierdzam! Synewir jest strasznie skomercjalizowany, otoczony stoiskami obwieszonymi tandetą i ogólnie przereklamowany. Możliwe, że byłoby to całkiem urocze miejsce, ale niestety cieszy się sporą popularnością u ukraińskich turystów i jako odpowiednik Morskiego Oka jest po prostu zadeptane. Nikomu nie polecam!

Zjedliśmy obiad w przydrożnej restauracji. Cieszyłem się, że wreszcie załatwię pilną potrzebę w restauracyjnej toalecie, ale jak zobaczyłem dziurę w ziemi zamiast swojskiego, zwykłego kibelka, to uznałem, że jednak wolę zrobić swoje w lesie. Najedzeni poszliśmy dalej, lecz po drodze okazało się, że coś zaszkodziło koleżance Gonza. Zatrzymaliśmy się, zaczął padać ulewny deszcz. Na szczęście udało się złapać stopa. Miły pan z Kijowa podwiózł nas do miejscowości Swoboda. Nie czuliśmy się jednak zbyt swobodnie. Dziewczyna miała mocny ból brzucha i mdłości. Zatrzymaliśmy się na pierwszej napotkanej polance i rozbiliśmy namiot. Gonzo twierdził, że to zwykła miesiączka, ale na drugi dzień… on sam złapał tę samą „miesiączkę”. 😀

Zatrzymało nas to na dwa dni w jednym miejscu. Udałem się do miejscowego sklepu po jakąś wędlinę do chleba. Okazało się, że mają tylko jedno opakowanie parówek. Kupiłem je i dopiero przy namiocie spojrzałem na datę ważności. Były przeterminowane. Tego dnia, kiedy Gonzo był chory, miałem historię z koniem. Pasł się na polance, kiedy przepakowywałem plecak, podszedł do mnie i próbował zjeść mój prowiant. Próbowałem go odgonić, ale się skurczybyk nie dał. To zdjęcie, na którym wyglądam, jakbym go głaskał, tak naprawdę przedstawia scenę próby odepchnięcia konia od moich rzeczy.

Na drugi dzień, cali i zdrowi ruszyliśmy wreszcie w upragnione Gorgany. Pierwszym szczytem była Mołoda. Przy zejściu z Mołodej koleżanka zrobiła sobie coś z kolanem. Rozbiliśmy się w dolinie, przy rzece. Rano skierowaliśmy się w kierunku Grofy. Na razie nic nie wskazywało na to, że kolano nie będzie działać. Przeszliśmy przez rachityczny mostek złożony z dwóch pni drzew związanych razem. Na Grofie rozpętała się burza. Gonzo nie wiedzieć czemu postanowił, że nie chce mu się iść dalej, usiadł, zapalił papierosa i przykrył się karimatą. Deszcz był tak ulewny, że w momencie byłem cały mokry. Zaczęło grzmieć. Koleżanka zdenerwowana krzyknęła na Gonza, że musimy iść. Poderwaliśmy się i biegliśmy do schronu na połoninie Płyśce. Ścieżka zamieniła się w rzekę.

Przenocowaliśmy i rano zeszliśmy do Osmołody. Po drodze okazało się, że jednak kolano koleżanki odmawia posłuszeństwa, więc cała wyprawa w Gorgany musiała się skończyć w tym punkcie, praktycznie na samym początku tego pasma, czyli gwoździa mojego programu, ale cóż! Siła wyższa… Zostaliśmy na nocleg w szeroko przez wszystkich polecanym miejscowym pensjonacie „Arnika”. Nazajutrz pojechaliśmy do Lwowa, skąd wróciliśmy do domu, tą samą drogą. Z wycieczki po Lwowie warto zwrócić uwagę na moje zdjęcie przy śmietnikach. Jest to kolejny odcinek ze wspomnianej wcześniej przeze mnie serii „Karol w podróży”. 😀 Tak na poważnie: nie będę przecież relacjonował drobiazgowo naszej przechadzki po Lwowie, ponieważ opis najważniejszych zabytków tego miasta czytelnik może sobie bez trudu znaleźć w Internecie.

To była moja pierwsza samodzielnie zorganizowana wyprawa za granicę ze znajomymi. Dotychczas podróżowałem samotnie lub z klubem turystycznym. Pierwszy raz też byłem na Ukrainie. Zabrakło niestety co najmniej tygodnia i lepszego zdrowia uczestników, żeby przejść całe Gorgany, tak jak planowałem. Informacje, które zdobyłem w Internecie po części okazały się już nieaktualne. Obecnie ukraińskie Karpaty cieszą się już większym zainteresowaniem i nie są zupełnie bezludne. Nie ma takiego tłoku jak w polskich górach, ale też nie jest tak, że przez kilka dni nikogo się na szlaku nie spotka. Wyjazd nauczył mnie, że nie warto układać szczegółowego planu, kiedy jedzie się z innymi ludźmi. Wyprawa w większej grupie skazana jest na pewną dozę nieprzewidywalności. Od tego momentu wiedziałem, że na drugi raz muszę mieć więcej dystansu. Było to cenne doświadczenie.

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.