PODRÓŻE

Podróże, turystyka, fotografia

czarnohora

Druga wyprawa na Ukrainę

| 0 comments

W poprzednim wpisie opowiedziałem o swojej pierwszej wyprawie na Ukrainę. Było fajnie, ale wiele nerwów i rozczarowań kosztowało mnie użeranie się ze współtowarzyszami podróży. Tym razem postanowiłem wrócić do podróżowania w najlepszym towarzystwie, czyli… swoim własnym. 😀 Moim celem były te fragmenty ukraińskich Karpat, których nie udało się zwiedzić ostatnim razem, czyli Gorgany i Czarnohora. Miałem zamiar pojechać tam z Krakowa, ale okazało się, że klub turystyczny, do którego należę, organizował w podobnym czasie wyjazd w Bieszczady, więc pojechałem z nimi i po zakończeniu rajdu od razu udałem się na Ukrainę.
Tym razem postanowiłem dojechać na miejsce autostopem. Powodem takiej decyzji była przede wszystkim możliwość przeżycia przygody i poznania ludzi. Sporo od znajomych podróżników słyszałem historii autostopowych, więc chciałem sam tego spróbować. Poza tym koszty przejazdów pochłaniają ponad jedną trzecią budżetu turysty, więc warto przełamać nieśmiałość, żeby móc zobaczyć więcej. Naiwnie myślałem, że skoro ruszając z Krakowa, da się dotrzeć w jeden dzień w góry na Ukrainie, to tym bardziej mi się to uda, gdy będę startował z Bieszczad. Ponadto wpadłem na głupi pomysł, który pozornie wydawał się racjonalny. Otóż standardowo jeździ się przez Przemyśl, Medykę, Lwów, Iwano-Frankiwsk i kończy się na Karpatach. Jednak gdy spojrzymy na mapę, zobaczymy, że krótsza droga biegnie przez Krościenko, Chyrów, Sambor, Drohobycz i Stryj. Postanowiłem więc spróbować pojechać tą trasą. Nie wiedziałem jak bardzo się myliłem…

Pierwszym problemem, na jaki napotkałem, okazało się wyjechanie z Ustrzyk Dolnych. Na tym samym przystanku stopa łapało już kilka konkurencyjnych grup, głównie wyładowani siatami Ukraińcy. Po godzinie udało mi się złapać jakiegoś handlarza, który wysadził mnie przy granicy. Tutaj pojawił się drugi problem: Krościenko jest tylko drogowym przejściem granicznym, nie można tu przekroczyć granicy pieszo. Byłem więc zmuszony stać tuż przy celnikach i łapać stopa. Zajęło mi to około dwóch godzin. Po tym czasie zatrzymała się para starszych Ukraińców. Miałem wtedy stary paszport, więc pogranicznicy niestety nie bardzo chcieli wierzyć, że ten dziesięciolatek na zdjęciu to ja, ale w końcu mnie puścili.

Po wjechaniu na teren Ukrainy od razu uderzyła mnie fatalna jakość dróg. Zeszłego roku trzymałem się głównej trasy Medyka-Lwów-Stanisławów, więc nie miałem zbyt dużo okazji poznać tego infrastrukturalnego folkloru. Moi gospodarze zawieźli mnie do małej miejscowości za Chyrowem o nazwie Skeliwka. Tutaj niestety skończyła się moja ochota na jeżdżenie stopem. Przez 45 minut nie przejechał przez tę wioskę żaden samochód. Po tym czasie na „główne” skrzyżowanie w „centrum” przyjechał autobus, którym udało mi się dotrzeć do Samboru. Tam niestety na własnej skórze miałem okazję się przekonać, jak głupim pomysłem, było wybranie tej trasy podróży.

Okazało się bowiem, że każde ukraińskie miasto ma co najmniej dwa dworce autobusowe po dwóch różnych stronach miasta. W tej i każdej kolejnej miejscowości byłem dowożony na jedną stację, z której musiałem pokonać spory kawał drogi, żeby dotrzeć na drugi koniec miasta i tam znaleźć właściwy autobus do następnej miejscowości. Niestety nie było takiego, który zabrałby mnie od razu do Iwano-Frankiwska. Były tam tylko marszrutki jadące do najbliższego większego miasta. W taki więc sposób przejechałem z Samboru do Drohobycza i z Drohobycza do Stryja. W tym momencie skończył się już dzień. Udałem się na poszukiwanie noclegu. Znalazłem jakiś mały hotelik, zapytałem o cenę, usłyszałem, że mam zapłacić 200 hrywien, czyli 80 zł. Nigdy nie wydałem takiej zawrotnej kwoty na nocleg, więc w pierwszej chwili odmówiłem, ale Pani uprzejmie mnie poinformowała, że niczego tańszego i tak nie znajdę. Nie chciało mi się szukać, więc zgodziłem się pozostać w tym miejscu. Jak na ironię okazało się, że hotelik mieścił się na ulicy… Stefana Bandery.

Nazajutrz spakowałem manatki i wyruszyłem pierwszym autobusem do Iwano-Frankiwska. Stamtąd złapałem busa do Werchowyny, stanowiącej bazę wypadową w Czarnohorę. Nie chciałem już więcej wydawać pieniędzy na przejazd, więc kolejne 20 km przeszedłem pieszo do chatki Kuby, jedynego schroniska górskiego na Ukrainie prowadzonego przez Polaka. Po drodze ujrzałem najdziwniejsze boisko piłkarskie, jakie kiedykolwiek mogłem w życiu zobaczyć. Było położone na stromym stoku o nachyleniu mniej więcej 45 stopni. W chatce Kuby spędziłem kolejne dwie noce. Bardzo polecam to miejsce! Ciekawym doświadczeniem było spotkanie w schronisku dwóch Ślązaków. Okazało się, że zrozumienie śląskiej mowy jest trudniejsze niż dogadanie się z Ukraińcami. 😀

 

Na drugi dzień udałem się na pierwszą wycieczkę w Czarnohorę. Moim celem było zdobycie szczytu Popa Iwana i powrót do chatki. Korzystając z mapy wydawnictwa Ruthenus, podążałem czarnym szlakiem wiodącym na grań. W pewnym momencie dotarłem na polankę, z której ścieżka prowadziła prosto do centrum doliny. Było to dziwne, ponieważ w tym miejscu trasa powinna prowadzić w prawo, pod górę i powoli wspinać się na grzbiet. Tymczasem dotarłem do strumienia, który według mapy miał iść równolegle ze ścieżką, ale nie miał jej przecinać. Zatrzymałem się, rozejrzałem się wokół i sprawdziłem jeszcze raz czy na polance nie ma jakiejś niewyraźnej dróżki pnącej się pod górę. Niestety nie znalazłem niczego takiego. Podjąłem więc trudną i radykalną decyzję pójścia korytem strumienia. Nie mogłem iść jego brzegiem, ponieważ był całkowicie porośnięty kosodrzewiną. Kolejne 3 godziny mozolnego wdrapywania się przez kosówkę, napierającą wodę, w potwornym upale było jednym z najgorszym przeżyć podczas wszystkich moich wędrówek po górach. Pamiętam, że w którymś momencie postanowiłem nawet dokonać desperackiego czynu i rozebrać się do naga, pozostawiając jedynie buty na nogach, ponieważ przemoczone ubrania za bardzo mi ciążyły. Z wielką ulgą przywitałem górną granicę kosodrzewiny!

Na szczycie moim oczom ukazały się zasieki z Pierwszej Wojny Światowej (tak! tak! one ciągle tam są!). Łatwym, grzbietowym szlakiem wspiąłem się na Popa Iwana. Jest to jeden z najbardziej znanych spośród nielicznych ukraińskich dwutysięczników. Popularny głównie ze względu na ruiny polskiego, przedwojennego obserwatorium astronomicznego. Budynek nazywany jest przez turystów „Białym Słoniem”. Na jego ścianach znalazłem napis „Sława Perunu”. Perun to nasz swojski Światowid. Napis zwieńczony był dwoma słowiańskimi swastykami (takimi samymi jak te, którymi posługiwali się naziści). Zaledwie 10 metrów przed tym napisem stał krzyż prawosławny, co sprawiało kuriozalne wrażenie: dwie religie walczyły ze sobą o swoje miejsce w przestrzeni i uwagę przechodnia.

Za ruinami stoi mała, drewniana kapliczka. Stamtąd dostrzegłem nadciągającą burzę, która wyglądała bardzo malowniczo na tle okolicznych pasm górskich. Słup deszczu zmierzał jednak w moją stronę, więc trzeba było się ewakuować. Jedna z kropli wody musiała się wtedy dostać do wnętrza obiektywu mojego aparatu, więc niestety każde kolejne zdjęcie ma rozmazany środek. Po powrocie do schroniska Kuba poinformował mnie, że mój trud przedzierania się przez koryto potoku spowodowany był nieobecnością kamienia, na którym był namalowany znak. Ktoś podobno go sobie wziął…

 

Następnego dnia wyruszyłem znowu w drogę razem z całym dobytkiem. Pouczony przez Kubę znalazłem wreszcie ścieżkę na polanie, którą postanowiłem uwiecznić na zdjęciu. Wygodną trasą dotarłem w to samo miejsce, co dzień wcześniej i skierowałem się w kierunku Howerli. Dotarłem do szczytu Gutin Tomnatyk, gdzie pierwszy raz miałem okazję rozbić namiot przy świetle pięknego zachodu słońca. Nazajutrz poszedłem dalej i wkrótce zdobyłem najwyższy szczyt Ukrainy, Howerlę. Następnie udałem się w kierunku Pietrosa. Wspięcie się na ten szczyt jest o wiele trudniejsze i przyprawia o lekki dreszcz spowodowany lękiem wysokości, bowiem jest to jedyny spośród czarnohorskich dwutysięczników, który nie leży w głównej grani. Samotnie i dostojnie góruje nad dolinami Karpat na zachód od Howerli. Na szczycie „poskręcany Jezus” i uderzający wiatr.

 

Na mapie znalazłem stację botaników zaznaczoną jako schronisko. Pomyślałem, że być może udzielą mi noclegu. Niestety nie ma takiej możliwości, a stojące obok ruiny przedwojennego schroniska raczej nie zachęcają do pozostania tam na noc. Postanowiłem więc dojść tego samego dnia do Kwasów (to ta sama miejscowość, z której startowałem w poprzednim roku) w nadziei na przenocowanie w cywilizowanych warunkach. Po drodze rozpętała się burza i zaczęło potwornie lać. W momencie byłem cały mokry. Do wsi dotarłem dopiero o godzinie 11 w nocy. Nie było szans na znalezienie zakwaterowania. Przespałem się więc na miejscowym dworcu kolejowym. To była jedyna możliwość, żeby mieć dach nad głową. Obawiałem się, że zostanę okradziony, ale strach okazał się niepotrzebny. Ukraińcy byli bardzo mili, częstowali mnie ciastkami i herbatą oraz budzili mnie po przyjeździe każdego pociągu, pytając czy to przypadkiem nie mój.

 

Wycieńczony, niewyspany i mokry pojechałem rano autobusem do Mikuliczyna. W miejscowym sklepie doładowałem telefon, uzupełniłem zapasy i rozpocząłem kolejną górską wędrówkę. Wreszcie miałem dokończyć przerwaną poprzednim razem podróż po Gorganach. Pierwszym szczytem, który zdobyłem, był Chomiak. Po drodze zmęczony deszczem postanowiłem, że będę się zatrzymywać zawsze, gdy zaczyna padać i przykrywać tropikiem od namiotu do czasu aż ulewa nie przejdzie. Nocleg zrobiłem na polance między Chomiakiem a Syniakiem. Celem kolejnego dnia było wejście na Syniak i zejście do Rafajłowej. Szczęśliwie przez większość dnia była dobra pogoda. Jednak pod koniec zaczęło lać jak z cebra. Na 10 km przed końcem udało mi się złapać stopa: drwale wracali rozklekotanym UAZem do domów. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w przydrożnym sklepie, gdzie zostałem poczęstowany wódką i ciastkiem na zagrychę. Nocowałem w gospodzie w centrum wsi. Cieszyłem się na myśl, że umyję się w ciepłej wodzie. Okazało się jednak, że mają tylko zimną. 🙁 W dodatku w nocy gospoda zamieniła się w lokalną dyskotekę, więc miałem trudności z zaśnięciem. Zaletą była przynajmniej niska cena i miła obsługa. Zatrzymałem się tam na dwie noce.

Rafajłowa to żywy skansen. Prawie każdy dom jest zbudowany z drewna, a główna „ulica” to podziurawione błoto. Moim kolejnym celem były szczyty Małej i Wielkiej Bratkowskiej oraz Durna. Na grzbiecie zostałem przywitany wiatrem, który prawie zrzucił mnie w przepaść oraz mgłą, więc nie wspominam tego jakoś szczególnie dobrze. Chętnie wróciłem do Rafajłowej. Ubrania na szczęście zdążyły mi wreszcie wyschnąć. Kolejnego dnia ruszyłem więc w kierunku najwyższego szczytu Gorganów, Sywuli. Z wierzchołków Sywuli i Małej Sywuli doskonale było widać dzikość krainy karpackiej: najbliższa „cywilizacja” była hen w odległej dali, na horyzoncie, za morzem lasów. Na szlaku znowu drut kolczasty pozostały po wojnach z przeszłości. Namiot rozłożyłem jakieś pół godziny od szczytu, gdzie postanowiłem rozpalić ognisko i uraczyć się vifonową dietą cud.

 

Nazajutrz, wciąż trzymając się głównego szlaku, dostałem się do najbardziej cywilizowanego miejsca na trasie, czyli Osmołody. Miejscowość ta nie jest jakimś centrum dowodzenia wszechświatem, ale było to pierwsze miejsce, gdzie mogłem zażyć ciepłej kąpieli. Gospodarze mojej ulubionej, sprawdzonej już w poprzedniej podróży Arniki nie mieli wolnych miejsc, ale skierowali mnie do równie gościnnego sąsiada. U niego mogłem poczytać polski przewodnik po Gorganach, zrobić pranie i zjeść domową zupę grzybową.

 

Na drugi dzień wybrałem się na dwudniową wycieczkę klasycznym okrężnym szlakiem przez Pietrosa, Popadię, Parenkie z powrotem do Osmołody. Większość rzeczy zostawiłem u swojego gospodarza. Nocleg miałem mieć w schronie turystycznym na Połoninie Płyśce, więc zrezygnowałem z zabierania namiotu. Po kilkugodzinnym marszu skończyła się szeroka, gruntowa droga: doszedłem do miejsca, w którym krzyżowało się aż 5 różnych ścieżek! Najgorsze było to, że według mapy trzeba było iść w prawo pod górę… gdzie nie było żadnej ścieżki. Niestety w tym miejscu nie było również wymalowanego żadnego znaku, który wskazywałby, gdzie trzeba pójść. Żeby tego wszystkiego było mało, zaczęło lać. Przez trzy godziny błądziłem, sprawdzając każdą z pięciu dróg po kolei. Żadna nie pasowała do mapy i wskazań kompasu. Ostatecznie wróciłem na rozdroże i poszedłem na przełaj w zarośla po prawej stronie, tak jak wskazywał mi kompas. Okazało się, że właśnie tam jest moja ścieżka.

 

Następnie już bez problemu wspiąłem się na Pietrosa i przez w/w szczyty dotarłem do schronu na połoninie Płyśce, tego samego, w którym nocowałem zeszłego roku, więc udało mi się przejść całe Gorgany, tak jak planowałem! Po drodze widziałem dawne słupki graniczne (tutaj kończyła się przedwojenna Polska). W schronie spotkałem międzynarodowe, słowiańskie towarzystwo: dwóch Czechów i grupkę Ukraińców, którzy uraczyli mnie koniakiem. Posługując się polskim, czeskim, ukraińskim, rosyjskim i angielskim udało nam się porozmawiać na wiele różnych tematów. M.in. dowiedziałem się, że nasz polski „sklep” po ukraińsku oznacza grób, a po czesku piwnicę.

 

Nazajutrz wróciłem do gospodarza z Osmołody, przenocowałem u niego jeszcze raz i wróciłem do Polski. Wyprawę uważam za udaną. Ówcześnie była to najdłuższa wędrówka górska w moim życiu. Udało mi się zobaczyć wszystko to, czego nie zdążyłem zwiedzić poprzednim razem. Nauczyłem się, że nie warto wyznaczać sobie zbyt długich tras: wstawałem o świcie i chodziłem aż do zmierzchu z całym dobytkiem na plecach. Teraz już wiem, że tak „wyczynowa” turystyka nie daje tyle przyjemności, co spokojne zwiedzanie, bez stresu i biegania „byle jak najwięcej”. Wakacje mają być odpoczynkiem, a nie męczarnią! Dużym mankamentem była wyraźnie doskwierająca samotność. W tamtym roku zrezygnowałem z towarzystwa, później, już na miejscu tego żałowałem. W przyszłości miało się okazać, że to była prawdopodobnie ostatnia samotna podróż w moim życiu, ale o tym w następnym odcinku… 😉

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.